Przechodze ostatnio ciezkie chwile. Ja i P. pracujemy w roznych godzinach. Kiedy tylko mozemy, rozmawiamy na skype. Jednak gdy on wychodzi do pracy, ja spie. Gdy ja wracam z pracy, on spi. I tak chodze wszedzie z moim tabletem. Gdy on ma przerwe na lunch, ja akurat zbieram sie do pracy. Wiec on oglada jak robie makijaz, jak wybieram ciuchy do pracy. Kiedy ja mam w pracy przerwe na kolacje, on jest juz dawno po pracy, zwykle juz w lozku ostatnie slowa przed snem.
Dlaczego jest ciezko? Bo gdy ktores z nas wraca po pracy do domu, chcialoby od razu porozmawiac z drugim, przytulic sie, poczuc bliskosc. Nawet jesli jedno by spalo, gdy drugie idzie/wraca z pracy, to jednak swiadomosc, ze w domu jest ktos to czeka, kto przytuli w lozku.
Piszemy do siebie maile, smsy, dzwonimy przez skype i komorki, ale to malo. Brakuje bliskosci, czulosci...
I czekamy oboje, odliczamy dni do jego powrotu. Probowal znalezc mi tam prace, ale wciaz martwi go kwestia mojego bezpieczenstwa tam.
Nie jest nam latwo, ale przynajmniej wiemy co dla nas jest wazne w naszym zwiazku, co go umacnia, jak bardzo nam na sobie zalezy i jak silna jest nasza milosc...
piątek, 5 kwietnia 2013
wtorek, 19 marca 2013
współlokatorka
wiem, wiem... dawno nie pisałam. To dlatego, że praca mnie pochłonęła. Codziennie wracam późno do domu, skype z P. i idę spać. Ostatnio komputer w ogóle mnie nie interesuje.
Zmieniłam też mieszkanie, a w ramach oszczędności wynajmuję z koleżanką. w zasadzie to jest koleżanka koleżanki, która akurat szukała mieszkania w tym samym czasie co ja. A ze współdzieleniem mieszkania to tak jak ze związkiem - ludzie muszą się dopasować.
Ja wprowadziłam się pierwsza, a koleżanka ostatnio dojechała. No i mamy sytuację jak z randki w ciemno... ja jestem spokojna, lubię poczytać książkę, wypić dobre wino, mieć stałą pracę. Natomiast ona lubi imprezować, wina nie pija, bo za słabe. W lodówce pojawiła się butelka wódki. Dziewczyna pracuje na czarno. Dla niej płaskie buty to jedynie japonki są do zaakceptowania, a tak to chodzi w szpilkach. Ja nic przeciwko szpilkom nie mam, sama lubie chodzić w szpilkach, ale w takich, gdzie mogę stabilnie nogę na chodniku postawić. W przedpokoju pojawiła się kolekcja szpilek we wszystkich kolorach tęczy, a gdyby ktoś nie wiedział to szpilki w kolorze oczojebnego różu to są stonowane buty na codzień.
Moja nowa współlokatorka zaopatrzyła nas w brakujące wyposażenie kuchni... w kolorze różowym...
Na przełamanie lodów zrobiła dla nas kolację. Ja kupiłam wino, które sama wypiłam, gdyż jej do owoców morza lepiej pasowała wódka...
Jesteśmy totalnie inne. Wczoraj byłam przerażona, dziś zaczynam się powoli przyzwyczajać...
Zmieniłam też mieszkanie, a w ramach oszczędności wynajmuję z koleżanką. w zasadzie to jest koleżanka koleżanki, która akurat szukała mieszkania w tym samym czasie co ja. A ze współdzieleniem mieszkania to tak jak ze związkiem - ludzie muszą się dopasować.
Ja wprowadziłam się pierwsza, a koleżanka ostatnio dojechała. No i mamy sytuację jak z randki w ciemno... ja jestem spokojna, lubię poczytać książkę, wypić dobre wino, mieć stałą pracę. Natomiast ona lubi imprezować, wina nie pija, bo za słabe. W lodówce pojawiła się butelka wódki. Dziewczyna pracuje na czarno. Dla niej płaskie buty to jedynie japonki są do zaakceptowania, a tak to chodzi w szpilkach. Ja nic przeciwko szpilkom nie mam, sama lubie chodzić w szpilkach, ale w takich, gdzie mogę stabilnie nogę na chodniku postawić. W przedpokoju pojawiła się kolekcja szpilek we wszystkich kolorach tęczy, a gdyby ktoś nie wiedział to szpilki w kolorze oczojebnego różu to są stonowane buty na codzień.
Moja nowa współlokatorka zaopatrzyła nas w brakujące wyposażenie kuchni... w kolorze różowym...
Na przełamanie lodów zrobiła dla nas kolację. Ja kupiłam wino, które sama wypiłam, gdyż jej do owoców morza lepiej pasowała wódka...
Jesteśmy totalnie inne. Wczoraj byłam przerażona, dziś zaczynam się powoli przyzwyczajać...
sobota, 23 lutego 2013
wracajac do kurczaka i malzenstw...
I znowu spac nie moge... przegladam nasze zdjecia, ktorych przez ponad pol roku nie zrobilismy wcale tak duzo. Szczegolnie tych, gdzie jestesmy oboje jest niewiele, bo jedynie kilkanascie...
Weszlam na bloga i zaczelam czytac dawne posty i komentarze. W polowie listopada napisalam o tzw. kurczaku zareczynowym. Mialam opisac efekty i w zasadzie sama nie wiem jak mam traktowac aktualna sytuacje...
W tamtym poscie pisalam ze w ciagu 3 miesiecy od spozycia specjalnie przygotowanego ptaszyska ofiara, tzn. partner powinien się oswiadczyć. Te trzy miesiace minęly gdzies w okolicy walentynek. Wprawdzie pierscionka nie dostalam, ale... mamy wstepnie wyznaczona date slubu. Brzmi zabawnie? juz tlumacze...Ktoregos dnia rozmawialismy o naszych dziadkach. Moi dziadkowie z obu stron nadal zyja, niestety ze strony P. tylko jeden dziadek jest jeszcze na tym swiecie. Rozmawialismy o malzenstwach naszych rodzicow, ktore sie porozpadaly oraz o niezwykle trwalych malzenstwach naszyc dziadkow. Moi dziadkowie od strony taty pod koniec 2012 obchodzili 60-ta rocznice slubu. Natomiast dziadkowie od strony mamy beda obchodzili 50-ta rocznice w polowie 2014. P. stwierdzil, ze bylaby to dobra wrozba dla nas, gdybysmy sie wtedy pobrali. Patrzylam na niego mocno zdziwiona. Sam sprawdzil w kalendarzu, ze akurat ta data przypada w sobote.Od razu sie zapytal czy wole wesele w Polsce czy w Portugalii. Zaczal liczyc gdzie nam taniej wyjdzie, kto ma wieksza rodzine. Wszystko wskazuje na to, ze slub cywilny wezmiemy w Portugalii, a koscielny i wesele w Polsce, skoro obecnosc dziadkow bedzie konieczna. Powiedzialam mu, ze jego slowa bede brala na powaznie, gdy zdecyduje sie na oficjalne tradycyjne oswiadczyny, ktore w obu krajach wygladaja podobnie.
W zaistnialej sytuacji nie wiem czy mozna mowic, ze to zasluga kurczaka... nie wiem tez czy kurczak z tamtego przepisu ma cokolwiek wspolnego z zaistniala sytuacja.
Mimo wszystko, Od tamtej pory P. czesto podpisuje sie w mailach czy smsach "twój przyszly maz" albo "ojciec twoich dzieci".
Weszlam na bloga i zaczelam czytac dawne posty i komentarze. W polowie listopada napisalam o tzw. kurczaku zareczynowym. Mialam opisac efekty i w zasadzie sama nie wiem jak mam traktowac aktualna sytuacje...
W tamtym poscie pisalam ze w ciagu 3 miesiecy od spozycia specjalnie przygotowanego ptaszyska ofiara, tzn. partner powinien się oswiadczyć. Te trzy miesiace minęly gdzies w okolicy walentynek. Wprawdzie pierscionka nie dostalam, ale... mamy wstepnie wyznaczona date slubu. Brzmi zabawnie? juz tlumacze...Ktoregos dnia rozmawialismy o naszych dziadkach. Moi dziadkowie z obu stron nadal zyja, niestety ze strony P. tylko jeden dziadek jest jeszcze na tym swiecie. Rozmawialismy o malzenstwach naszych rodzicow, ktore sie porozpadaly oraz o niezwykle trwalych malzenstwach naszyc dziadkow. Moi dziadkowie od strony taty pod koniec 2012 obchodzili 60-ta rocznice slubu. Natomiast dziadkowie od strony mamy beda obchodzili 50-ta rocznice w polowie 2014. P. stwierdzil, ze bylaby to dobra wrozba dla nas, gdybysmy sie wtedy pobrali. Patrzylam na niego mocno zdziwiona. Sam sprawdzil w kalendarzu, ze akurat ta data przypada w sobote.Od razu sie zapytal czy wole wesele w Polsce czy w Portugalii. Zaczal liczyc gdzie nam taniej wyjdzie, kto ma wieksza rodzine. Wszystko wskazuje na to, ze slub cywilny wezmiemy w Portugalii, a koscielny i wesele w Polsce, skoro obecnosc dziadkow bedzie konieczna. Powiedzialam mu, ze jego slowa bede brala na powaznie, gdy zdecyduje sie na oficjalne tradycyjne oswiadczyny, ktore w obu krajach wygladaja podobnie.
W zaistnialej sytuacji nie wiem czy mozna mowic, ze to zasluga kurczaka... nie wiem tez czy kurczak z tamtego przepisu ma cokolwiek wspolnego z zaistniala sytuacja.
Mimo wszystko, Od tamtej pory P. czesto podpisuje sie w mailach czy smsach "twój przyszly maz" albo "ojciec twoich dzieci".
Upadlam i powstalam...
Pisze teraz na moim ukochanym znienawidzonym tablecie, ktorego stalam sie (nie)szczesliwa posiadaczka. Nigdy nie planowalam kupowac tabletu, ale stal sie on moim wybawieniem. Jak jednak do tego doszlo?
We wtorek zawiozlam P. na lotnisko. Bylo to zaledwie kilka dni temu, a dla mnie jaby wiecznosc... Gdy wrocilam do naszego mieszkania i usiadlam na kanapie, dopiero do mnie dotarlo, ze on naprawde polecial. Poplakalam sie. Zostalam sama, bez pracy, z koniecznoscia zmiany mieszkania, totalnie bez motywacji by robic cokolwiek.
P. mial leciec caly dzien. Gdy sie w koncu troche ogarnelam, wlaczylam komputer, by nie siedziec w ciszy i wtedy wszystko sie zaczelo. Na ekranie wyswietlily sie jakies bledy, nie moglam uruchomic zadnego programu. Na szczescie wiekszosc moich prywatnych plikow przechowuje na zewnetrznym dysku. Uruchomilam przeinstalowanie systemu a tu kolejny blad. Pojawil sie slynny blue screen i instalaca zostala przerwana.
Szybko zapakowalam siebie i komputer do samochodu i ruszylam w kierunku sklepu, gdzie go zakupilam. W koncu nadal jest na gwarancji, wiec sadzilam, ze technicy naprawia go tam na miejscu, a wieczorem bez problemu porozmawiam z P. na skype...
Gdy technik z usmiechem na twarzy powiedzial cos typu "przepraszam, jestem koniem, nie moge Ci pomoc" najpierw mialam ochote mu przywalic. Jednak gdy dodal, ze musza go wyslac do producenta i ze powinnam go miec spowrotem w ciagu miesiaca, zaczelam rozgladac sie, czy wokol sa jakies ukryte kamery... Nie byl to piatek 13-tego, ale tak wlasnie sie czulam. Wokol byly jedynie kamery sklepowego monitoringu...
Gdy wyszlam ze sklepu, usiadlam na lawce i sie znowu poryczalam. Zadzwonilam do kolezanki, ktora pracuje w pobliskim centrum handlowym. Spotkalysmy sie na kawe, opowiedzialam jej cala historie tamtego dnia. wyzalilam sie, ze ten okropny komputer, ktory ma dopiero 6 miesiecy padl w najgorszym momencie gdy jest mi najbardziej potrzebny... jak mialam szukc pracy i wysylac cv? jak szukac mieszkania? jak kontaktowac sie z P?
Poszlysmy do skleu rtv, bo kolezanka akuat szuka telewizora, przechodzilysmy obok dzialu z komputerami i zauwazylam promocje tabletow. Ostatnie sztuki, te z wystawy sprzedawane byly 30% taniej. Ja i tak korzystam z mobilnego internetu, wiec znalazlam taki, gdzie moge wlozyc karte sim. Takze stalam sie wtedy szczesliwa posiadaczka tabletu za 99€, ktory rozwiazal wszelkie moje problemy dotyczace kontaktu ze swiatem.
Dzis jest juz sobota, wszelkie moje problemy zostaly rozwiazane. Znalazlam mieszkanie, gdzie przeprowadzam sie w przyszlym tygodniu. Bylam na rozmowie kwalifikacyjnej, zadzwonili do mnie, ze dostalam ta pozycje, w poniedzial mamy dogadac szczegoly kontraktu. Codziennie rozmawiam na skype z P. i jakos zycie idzie do przodu. Juz odliczam dni do jego przylotu, chociaz to dopiero za 2 miesace...
We wtorek zawiozlam P. na lotnisko. Bylo to zaledwie kilka dni temu, a dla mnie jaby wiecznosc... Gdy wrocilam do naszego mieszkania i usiadlam na kanapie, dopiero do mnie dotarlo, ze on naprawde polecial. Poplakalam sie. Zostalam sama, bez pracy, z koniecznoscia zmiany mieszkania, totalnie bez motywacji by robic cokolwiek.
P. mial leciec caly dzien. Gdy sie w koncu troche ogarnelam, wlaczylam komputer, by nie siedziec w ciszy i wtedy wszystko sie zaczelo. Na ekranie wyswietlily sie jakies bledy, nie moglam uruchomic zadnego programu. Na szczescie wiekszosc moich prywatnych plikow przechowuje na zewnetrznym dysku. Uruchomilam przeinstalowanie systemu a tu kolejny blad. Pojawil sie slynny blue screen i instalaca zostala przerwana.
Szybko zapakowalam siebie i komputer do samochodu i ruszylam w kierunku sklepu, gdzie go zakupilam. W koncu nadal jest na gwarancji, wiec sadzilam, ze technicy naprawia go tam na miejscu, a wieczorem bez problemu porozmawiam z P. na skype...
Gdy technik z usmiechem na twarzy powiedzial cos typu "przepraszam, jestem koniem, nie moge Ci pomoc" najpierw mialam ochote mu przywalic. Jednak gdy dodal, ze musza go wyslac do producenta i ze powinnam go miec spowrotem w ciagu miesiaca, zaczelam rozgladac sie, czy wokol sa jakies ukryte kamery... Nie byl to piatek 13-tego, ale tak wlasnie sie czulam. Wokol byly jedynie kamery sklepowego monitoringu...
Gdy wyszlam ze sklepu, usiadlam na lawce i sie znowu poryczalam. Zadzwonilam do kolezanki, ktora pracuje w pobliskim centrum handlowym. Spotkalysmy sie na kawe, opowiedzialam jej cala historie tamtego dnia. wyzalilam sie, ze ten okropny komputer, ktory ma dopiero 6 miesiecy padl w najgorszym momencie gdy jest mi najbardziej potrzebny... jak mialam szukc pracy i wysylac cv? jak szukac mieszkania? jak kontaktowac sie z P?
Poszlysmy do skleu rtv, bo kolezanka akuat szuka telewizora, przechodzilysmy obok dzialu z komputerami i zauwazylam promocje tabletow. Ostatnie sztuki, te z wystawy sprzedawane byly 30% taniej. Ja i tak korzystam z mobilnego internetu, wiec znalazlam taki, gdzie moge wlozyc karte sim. Takze stalam sie wtedy szczesliwa posiadaczka tabletu za 99€, ktory rozwiazal wszelkie moje problemy dotyczace kontaktu ze swiatem.
Dzis jest juz sobota, wszelkie moje problemy zostaly rozwiazane. Znalazlam mieszkanie, gdzie przeprowadzam sie w przyszlym tygodniu. Bylam na rozmowie kwalifikacyjnej, zadzwonili do mnie, ze dostalam ta pozycje, w poniedzial mamy dogadac szczegoly kontraktu. Codziennie rozmawiam na skype z P. i jakos zycie idzie do przodu. Juz odliczam dni do jego przylotu, chociaz to dopiero za 2 miesace...
sobota, 2 lutego 2013
Nie tak miało być...
Jest rozczarowanie, wielkie rozczarowanie. Bezsilność... ale trzeba iść dalej.
Ja i P. mieliśmy już ustalone kontrakty. Gdy przyszło co do czego, on podpisał, a ze mną się wstrzymali. Nie tak miało być... Teraz muszę od nowa szukać pracy. Ale nie to jest tragedią.
P. leci do Afryki, a ja... muszę zostać w Portugalii. Kończy nam się umowa o wynajem, właścicielka ma już nowych lokatorów od początku marca.
P. leci w połowie lutego, a ja powtarzam mu, że wszystko będzie dobrze. Powtarzam że ma lecieć, żeby nie żałował, że nie wykorzystał takiej szansy. Jak tam się zaadaptuje, to znajdzie też coś dla mnie. Jak się nie zaadaptuje, to powtarzam mu, żeby wracał. Nawet jeśli miałby wrócić po miesiącu, tygodniu, jednym dniu. Przynajmniej będzie miał świadomość, że spróbował...
I już za nim tęsknię i uśmiecham się do niego, że wszystko będzie dobrze, a w głębi serca zaczynam panikować.
Czy my przetrwamy? Uwielbiam tego mężczyznę! Jeden dzień bez niego jest dla mnie dniem straconym. Jego uśmiech, jego spojrzenie, jego polskie "kochanie" wplecione w codzienną mowę... Nie wyobrażam sobie tej rozłąki...
Kwestia pracy czy mieszkania schodzi dla mnie na drugi plan. Jakoś sobie poradzę. Zawsze jakoś sobie radzę...
Już za nim tęsknię, a jednocześnie próbuję wykorzystać nasze dni jak najmocniej... każdą godzinę, minutę, sekundę...
Ja i P. mieliśmy już ustalone kontrakty. Gdy przyszło co do czego, on podpisał, a ze mną się wstrzymali. Nie tak miało być... Teraz muszę od nowa szukać pracy. Ale nie to jest tragedią.
P. leci do Afryki, a ja... muszę zostać w Portugalii. Kończy nam się umowa o wynajem, właścicielka ma już nowych lokatorów od początku marca.
P. leci w połowie lutego, a ja powtarzam mu, że wszystko będzie dobrze. Powtarzam że ma lecieć, żeby nie żałował, że nie wykorzystał takiej szansy. Jak tam się zaadaptuje, to znajdzie też coś dla mnie. Jak się nie zaadaptuje, to powtarzam mu, żeby wracał. Nawet jeśli miałby wrócić po miesiącu, tygodniu, jednym dniu. Przynajmniej będzie miał świadomość, że spróbował...
I już za nim tęsknię i uśmiecham się do niego, że wszystko będzie dobrze, a w głębi serca zaczynam panikować.
Czy my przetrwamy? Uwielbiam tego mężczyznę! Jeden dzień bez niego jest dla mnie dniem straconym. Jego uśmiech, jego spojrzenie, jego polskie "kochanie" wplecione w codzienną mowę... Nie wyobrażam sobie tej rozłąki...
Kwestia pracy czy mieszkania schodzi dla mnie na drugi plan. Jakoś sobie poradzę. Zawsze jakoś sobie radzę...
Już za nim tęsknię, a jednocześnie próbuję wykorzystać nasze dni jak najmocniej... każdą godzinę, minutę, sekundę...
czwartek, 17 stycznia 2013
Bawi mnie ludzka głupota
Zapisana jestem do branżowego newslettera, w którym są również ciekawe oferty pracy. Przeglądając dziś swoją pocztę znalazłam newslettera bonusowego. Otóż... moja poprzednia firma "na gwałt" szuka pracowników. Ten wspaniały oddzielny newsletter zawierał opis kilkunastu stanowisk pracy, które idealnie pasowały do mojej i P. ekipy. Postanowiłam powęszyć w tym kierunku i zadzwoniłam do koleżanki, która jak mi się wydawało, nadal powinna tam pracować.
Ta rozmowa ubawiła mnie do łez. Otóż gdy stery przejął nasz ulubiony kolega i jego ledwie upierzony stażysta, wszystko zaczęło się psuć. Kolega jakoś sobie nie radził z takim projektem, chociaż obserwował nas i uczył się procedur, szefostwo w niego wierzyło, a stażyska zapatrzony był w niego jak w obrazek. Kolega stwierdził, że wszystko zrobi po swojemu...
Po miesiącu jego nieudolnych rządów pierwsza osoba złożyła wypowiedzenie, a reszta potoczyła się lawinowo. Nie było tygodnia, żeby u szefowej nie pojawiło się kolejne wypowiedzenie. Wyższe szefostwo samo zdegradowało kolegę...
No tak, przecież gdy para zarządzała projektem, to było źle, prawda? Trzeba było nas zastąpić, żeby było "lepiej".
Ta rozmowa ubawiła mnie do łez. Otóż gdy stery przejął nasz ulubiony kolega i jego ledwie upierzony stażysta, wszystko zaczęło się psuć. Kolega jakoś sobie nie radził z takim projektem, chociaż obserwował nas i uczył się procedur, szefostwo w niego wierzyło, a stażyska zapatrzony był w niego jak w obrazek. Kolega stwierdził, że wszystko zrobi po swojemu...
Po miesiącu jego nieudolnych rządów pierwsza osoba złożyła wypowiedzenie, a reszta potoczyła się lawinowo. Nie było tygodnia, żeby u szefowej nie pojawiło się kolejne wypowiedzenie. Wyższe szefostwo samo zdegradowało kolegę...
No tak, przecież gdy para zarządzała projektem, to było źle, prawda? Trzeba było nas zastąpić, żeby było "lepiej".
środa, 16 stycznia 2013
Ile znaczy "przepraszam"?
Tego się nie spodziewałam... wczoraj zadzwoniła moja mama. Zadzwoniła, żeby przeprosić... przyznała, że nerwy ją poniosły, a jak wyjechaliśmy to miała czas wszystko sobie przemyśleć i przyznała mi rację.
Ma nadzieję, że przez jej wybuch nie zraziliśmy się do Polski. Nie tyle zraziliśmy się, co na pewno kolejny przyjazd do Polski nie będzie łatwy. Na pewno będzie strach, czy kolejny raz nie zrobi sceny przed całą rodziną. Sytuacja będzie napięta, mimo kolejnych uśmiechów i uprzejmego przymilania się, aż ta bańka mydlana znowu pęknie. Dlaczego tak piszę? Bo to nie pierwszy raz, kiedy ona w ten sposób się zachowała. Wiem jak to wygląda za każdym razem. Chociaż tym razem to wszystko było również na oczach P. a dla niego takie zachowanie mojej mamy było nowością.
Mimo wszystko zawsze lepiej dogadujemy się na odległość. Cieszę się, że znowu będziemy mogły rozmawiać przez Skype. W dodatku patrząc w lustro już tak nie dramatyzuję z powodu fryzury...
Ma nadzieję, że przez jej wybuch nie zraziliśmy się do Polski. Nie tyle zraziliśmy się, co na pewno kolejny przyjazd do Polski nie będzie łatwy. Na pewno będzie strach, czy kolejny raz nie zrobi sceny przed całą rodziną. Sytuacja będzie napięta, mimo kolejnych uśmiechów i uprzejmego przymilania się, aż ta bańka mydlana znowu pęknie. Dlaczego tak piszę? Bo to nie pierwszy raz, kiedy ona w ten sposób się zachowała. Wiem jak to wygląda za każdym razem. Chociaż tym razem to wszystko było również na oczach P. a dla niego takie zachowanie mojej mamy było nowością.
Mimo wszystko zawsze lepiej dogadujemy się na odległość. Cieszę się, że znowu będziemy mogły rozmawiać przez Skype. W dodatku patrząc w lustro już tak nie dramatyzuję z powodu fryzury...
wtorek, 15 stycznia 2013
Wróciłam!!!
Po dwumiesięcznej przerwie wracam do pisania. Był to czas ciężki dla mnie. Niby święta z rodziną powinny być wesołe. Niestety, uśmiechy pozostały jedynie na zdjęciach, a z Polski wyleciałam z myślą, że co najmniej przez pół roku mnie tam nie zobaczą! A jak już się tam wybiorę, to na nie więcej niż 10 dni.
Usłyszałam wiele przykrych słów od własnej matki, którą w dziwny i niezrozumiały mi sposób, satysfakcjonują moje łzy.Brat ulotnił się tuż po świętach, a P. na szczęście nie rozumiał polskiego. Chociaż z mojego zdenerwowania i łez na pewno rozumiał, że moja mama mówiła przykre rzeczy.
Nie było żadnego "przepraszam", ona uważa, że wszystko ot tak rozeszło się po kościach.
Cała rodzina cieszy się moim szczęściem i tylko moja mama nazywa mnie "niewdzięczną córką".
Znowu jesteśmy daleko od siebie, nie odzywamy się do siebie. Musimy obie ochłonąć. Zadzwoniłam tylko do niej, że wylądowaliśmy. A teraz muszę odpocząć... od niej. Nie wiem kiedy się do niej znowu odezwę, ale nie spieszy mi się do tego.
Zrobiłam też ostatnio coś bardzo, ale to bardzo głupiego. W tej złości poszłam do fryzjera. Powiedziałam, że nie wiem co chcę, że zmiana może być radykalna. I teraz... prawie płaczę gdy patrzę w lustro. Miałam takie piękne włosy... długie aż do łokci... a teraz ledwie sięgają ramion. Każdy włos sterczy w inną stronę. W dodatku bardziej wyglądam jak własna matka... To sobie zafundowałam "metamorfozę"!!!
Co do moich ćwiczeń... Już się przyzwyczaiłam do 8-minutowej rundki codziennie po przebudzeniu. W sumie lepsze to niż kawa, a cellulit to już historia. Podobają mi się moje uda i pośladki :D
Usłyszałam wiele przykrych słów od własnej matki, którą w dziwny i niezrozumiały mi sposób, satysfakcjonują moje łzy.Brat ulotnił się tuż po świętach, a P. na szczęście nie rozumiał polskiego. Chociaż z mojego zdenerwowania i łez na pewno rozumiał, że moja mama mówiła przykre rzeczy.
Nie było żadnego "przepraszam", ona uważa, że wszystko ot tak rozeszło się po kościach.
Cała rodzina cieszy się moim szczęściem i tylko moja mama nazywa mnie "niewdzięczną córką".
Znowu jesteśmy daleko od siebie, nie odzywamy się do siebie. Musimy obie ochłonąć. Zadzwoniłam tylko do niej, że wylądowaliśmy. A teraz muszę odpocząć... od niej. Nie wiem kiedy się do niej znowu odezwę, ale nie spieszy mi się do tego.
Zrobiłam też ostatnio coś bardzo, ale to bardzo głupiego. W tej złości poszłam do fryzjera. Powiedziałam, że nie wiem co chcę, że zmiana może być radykalna. I teraz... prawie płaczę gdy patrzę w lustro. Miałam takie piękne włosy... długie aż do łokci... a teraz ledwie sięgają ramion. Każdy włos sterczy w inną stronę. W dodatku bardziej wyglądam jak własna matka... To sobie zafundowałam "metamorfozę"!!!
Co do moich ćwiczeń... Już się przyzwyczaiłam do 8-minutowej rundki codziennie po przebudzeniu. W sumie lepsze to niż kawa, a cellulit to już historia. Podobają mi się moje uda i pośladki :D
niedziela, 9 grudnia 2012
Auć!
Tak więc zaczęłam ćwiczyć. Patrzyć na nagranie, stwierdziłam, że te ćwiczenia są proste, więc czemu by nie robić ich dwa razy dziennie. Jedna seria rano i jedna wieczorem.
Zadziwiające jest, że te ćwiczenia wyglądają na proste, a wcale takie nie są. Robiąc pierwszą serię musiałam kilka razy zrobić sobie przerwę. Muszę przyznać, że nie sądziłam, że mam tak kiepską kondycję. Po prostu masakra. Jakoś dobrnęłam do końca, przeżyłam i już wiedziałam, czego się spodziewać wieczorem.
Właśnie skończyłam drugą serię i nogi bolą mnie, jakbym przebiegła jakiś duży dystans, a skoro już mnie bolą, to jutro będą masakryczne zakwasy. Mimo to nie zamierzam się poddawać. Jutro mimo bólu będę kontynuować. W końcu chcę się podobać mojemu mężczyźnie...
Zadziwiające jest, że te ćwiczenia wyglądają na proste, a wcale takie nie są. Robiąc pierwszą serię musiałam kilka razy zrobić sobie przerwę. Muszę przyznać, że nie sądziłam, że mam tak kiepską kondycję. Po prostu masakra. Jakoś dobrnęłam do końca, przeżyłam i już wiedziałam, czego się spodziewać wieczorem.
Właśnie skończyłam drugą serię i nogi bolą mnie, jakbym przebiegła jakiś duży dystans, a skoro już mnie bolą, to jutro będą masakryczne zakwasy. Mimo to nie zamierzam się poddawać. Jutro mimo bólu będę kontynuować. W końcu chcę się podobać mojemu mężczyźnie...
sobota, 8 grudnia 2012
Potwór cellulit
Ostatnio urządziliśmy sobie leniwy poranek. Wszystko pięknie, śniadanie w łóżku, kaweczka, książeczka... w końcu wychodzę z łóżka, a P. nagle "Kochanie, a wiesz, że masz cellulit?" Normalnie oczy zrobiły mi się wielkie jak pięciozłotówki. Spojrzałam na niego z przerażeniem w oczach, po czym uciekłam do łazienki, mówiąc że ja żadnego cellulitu nie mam, to tylko pościel odbiła mi się na skórze.
Jednak w łazience przyjrzałam się sobie dokładnie w lustrze i cholera jest! Pojawił się! Także trzeba z nim walczyć. Od jutra zaczynam ćwiczyć. Już znalazłam sobie zestaw ćwiczeń. Poczytałam również o diecie antycellulitowej i już dziś zrobiłam kolację, która ma pomóc mi odzyskać ładne uda i pośladki.
Zobaczymy, co z tego wyniknie. A na razie zamieszczam film z ćwiczeniami, może ktoś chce ćwiczyć razem ze mną? To tylko 8 minut dziennie.
Jednak w łazience przyjrzałam się sobie dokładnie w lustrze i cholera jest! Pojawił się! Także trzeba z nim walczyć. Od jutra zaczynam ćwiczyć. Już znalazłam sobie zestaw ćwiczeń. Poczytałam również o diecie antycellulitowej i już dziś zrobiłam kolację, która ma pomóc mi odzyskać ładne uda i pośladki.
Zobaczymy, co z tego wyniknie. A na razie zamieszczam film z ćwiczeniami, może ktoś chce ćwiczyć razem ze mną? To tylko 8 minut dziennie.
wtorek, 27 listopada 2012
Jak pozbyć się grzyba?
Pojechaliśmy z P. na weekend, który nam się trochę przedłużył. Wróciliśmy dzisiaj, a tu w sypialni grzyb na suficie kwitnie. Nie jest duży, na razie po prostu zielone kropki, ale co z tym cholerstwem zrobić? Może ma ktoś jakieś sprawdzone sposoby na pozbycie się grzyba? Na razie wywietrzyliśmy mieszkanie. P. delikatnie zeskrobał nożem bezpośrednio na chustkę, żeby się nie rozprzestrzeniało, jutro kupimy na to jakiś środek.
W zeszłym roku wynajmowałam mieszkanie, gdzie mi się grzyb rozrósł w sypialni za szafą. Najgorsze, że tego nie zauważyłam i tak się tego cholerstwa nawdychałam, że potem praktycznie do lata brałam leki, bo wciąż kaszlałam.
Takie są skutki mieszkania bez ogrzewania...
W zeszłym roku wynajmowałam mieszkanie, gdzie mi się grzyb rozrósł w sypialni za szafą. Najgorsze, że tego nie zauważyłam i tak się tego cholerstwa nawdychałam, że potem praktycznie do lata brałam leki, bo wciąż kaszlałam.
Takie są skutki mieszkania bez ogrzewania...
środa, 21 listopada 2012
Przez żołądek do serca w 3 miesiące
Czy słyszeliście o "kurczaku zaręczynowym"? Brzmi ciekawie, prawda? Otóż jest przepis na kurczaka. Nie wiadomo czy to magiczna moc tego ptaka, czy po prostu zbieg okoliczności.
Przepis ten podobno magiczny przyszedł do nas zza oceanu. Usłyszałam o nim od koleżanki, Portugalki, która pytała czy o takim słyszałam. Sprawdziłam nasze polskie google i jest! Wieść niesie, że jeśli zakochana dziewczyna przyrządzi kurczaka w specjalny sposób swojemu ukochanemu, ten powinien w ciągu 3 miesięcy się oświadczyć. Postanowiłam sprawdzić ten przepis, raczej ciekawa smaku niż efektu, chociaż też policzyłam że te 3 miesiące to wychodzi gdzieś do walentynek...
W poniedziałek zrobiłam kolację. P. wie, że ja potrafię zrobić kurczaka na 100 albo i więcej sposobów, więc wcale nie był zdziwiony, gdy drób pojawił się na stole. Sama byłam ciekawa smaku magicznego kurczaka i muszę przyznać, że rzeczywiście smakował trochę inaczej...
P. ma bardzo czuły smak, potrafił bez trudu odgadnąć, czego użyłam do przyrządzenia kolacji. Chyba mu ten kurczak wyjątkowo smakował, bo takiego kurczaka mogę robić częściej. Mało tego! Sam z własnej nieprzymuszonej woli i bez mojego upominania, zabrał się za zmywanie naczyń po kolacji.
Ciężko mi powiedzieć, czy to z powodu kurczaka, czy dlatego że mu dzień wcześniej wypomniałam, że obiecał pozmywać, a ostatecznie zostawił mi tą "przyjemność".
W każdym razie, minęły 3 dni od tej kolacji, byliśmy dziś w centrum handlowym, a P. zaczął się mnie wypytywać o prezent świąteczny, kiedy je sobie damy, bo zamierzamy spędzić święta oddzielnie. Za to sylwestra spędzimy razem w Polsce i pytał mnie o czas dawania prezentów, bo nie wie czy przed świętami, czy po świętach. Zapytałam, czy ma już jakiś pomysł, bo nasz czas dawania prezentów może zależeć od ich wielkości, w końcu bagaż ma ograniczone rozmiary. Uśmiechnął się tylko, a gdy poprosiłam o ustalenie limitu cenowego prezentów, bo w końcu oboje jesteśmy bezrobotni, zmarszczył brwi, zaczął analizować i zapytał jaki limit przewiduję. Powiedziałam, że 50 euro to już i tak duża kwota. Zrobił wielkie oczy i wyraźnie był zdziwiony. Weszłam do sklepu, a za sobą usłyszałam:
-Więc na razie nici z zaręczyn...
Byłam w szoku. Jednak nie odwróciłam się do niego. W zasadzie udałam, że nic nie słyszałam. Za to pierwsze, co przyszło mi do głowy to, czy ten kurczak rzeczywiście działa...
W każdym razie, poniżej zamieszczam przepis na kurczaka, gdyby któraś z moich czytelniczek również chciała go wypróbować.
Składniki: 1 kurczak (ok. 1,8 kg), ½ szklanki świeżego soku z cytryny, 3 całe cytryny, 1 łyżka stołowa soli koszernej lub gruboziarnistej, ½ łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu, świeże zioła do przybrania (4 gałązki rozmarynu, 4 gałązki szałwii, 8 gałązek tymianku i 1 pęczek pietruszki)
Przygotowanie:
1. Umieść kratkę na trzecim od góry miejscu w piekarniku i nagrzej go do 200 stopni Celsjusza. Umyj kurczaka w środku i na zewnątrz zimną wodą. Usuń podroby i przez 2 minuty trzymaj go otworem w dół, aż uzyska temperaturę pokojową. Następnie osusz go ręcznikami papierowymi.
2. Umieść kurczaka piersią do dołu w brytfannie i oblej go z zewnątrz oraz w środku sokiem z cytryny. Potem to samo zrób z przyprawami: solą i pieprzem.
3. Każdą z trzech cytryn nakłuj widelcem trzy razy w różnych miejscach. Potem włóż je wewnątrz kurczaka.
4. Wsadź brytfannę do piekarnika i obniż temperaturę do 180 stopni Celsjusza. Piecz kurczaka bez przykrycia przez 15 minut.
5. Po upływie tego czasu wyjmij go z piekarnika i przewróć drewnianymi łyżkami na drugą stronę. Następnie piecz kurczaka przez 1 godzinę, a nawet godzinę i kwadrans. Najlepiej, jeśli w jego udo wbijesz specjalny termometr do mięsa. Temperatura kurczaka powinna wynosić 82 stopnie (jeśli nie masz akurat termometru, nakłuj mięso widelcem – gdy wypłynie z niego sok, będzie to oznaczało, że kurczak jest gotowy).
6. Zanim zaczniesz kroić kurczaka, odczekaj 10 minut. Kawałki mięsa polej sokiem z brytfanny i udekoruj je świeżymi ziołami. Gotowe!
Moje uwagi:
1. Nie znoszę szałwii, użyłam w jej miejsce mięty pieprzowej, ale każdy może wybrać swoje ulubione świeże zioła.
2. Sok z 3 cytryn akurat starcza na całego kurczaka. Nie wiem jak wielki musiałby być ten kurczak, żeby w środku zmieściły się 3 cytryny. Ja włożyłam jedną rozkrojoną cytrynę i te wyciśnięte skórki.
Przepis ten podobno magiczny przyszedł do nas zza oceanu. Usłyszałam o nim od koleżanki, Portugalki, która pytała czy o takim słyszałam. Sprawdziłam nasze polskie google i jest! Wieść niesie, że jeśli zakochana dziewczyna przyrządzi kurczaka w specjalny sposób swojemu ukochanemu, ten powinien w ciągu 3 miesięcy się oświadczyć. Postanowiłam sprawdzić ten przepis, raczej ciekawa smaku niż efektu, chociaż też policzyłam że te 3 miesiące to wychodzi gdzieś do walentynek...
W poniedziałek zrobiłam kolację. P. wie, że ja potrafię zrobić kurczaka na 100 albo i więcej sposobów, więc wcale nie był zdziwiony, gdy drób pojawił się na stole. Sama byłam ciekawa smaku magicznego kurczaka i muszę przyznać, że rzeczywiście smakował trochę inaczej...
P. ma bardzo czuły smak, potrafił bez trudu odgadnąć, czego użyłam do przyrządzenia kolacji. Chyba mu ten kurczak wyjątkowo smakował, bo takiego kurczaka mogę robić częściej. Mało tego! Sam z własnej nieprzymuszonej woli i bez mojego upominania, zabrał się za zmywanie naczyń po kolacji.
Ciężko mi powiedzieć, czy to z powodu kurczaka, czy dlatego że mu dzień wcześniej wypomniałam, że obiecał pozmywać, a ostatecznie zostawił mi tą "przyjemność".
W każdym razie, minęły 3 dni od tej kolacji, byliśmy dziś w centrum handlowym, a P. zaczął się mnie wypytywać o prezent świąteczny, kiedy je sobie damy, bo zamierzamy spędzić święta oddzielnie. Za to sylwestra spędzimy razem w Polsce i pytał mnie o czas dawania prezentów, bo nie wie czy przed świętami, czy po świętach. Zapytałam, czy ma już jakiś pomysł, bo nasz czas dawania prezentów może zależeć od ich wielkości, w końcu bagaż ma ograniczone rozmiary. Uśmiechnął się tylko, a gdy poprosiłam o ustalenie limitu cenowego prezentów, bo w końcu oboje jesteśmy bezrobotni, zmarszczył brwi, zaczął analizować i zapytał jaki limit przewiduję. Powiedziałam, że 50 euro to już i tak duża kwota. Zrobił wielkie oczy i wyraźnie był zdziwiony. Weszłam do sklepu, a za sobą usłyszałam:
-Więc na razie nici z zaręczyn...
Byłam w szoku. Jednak nie odwróciłam się do niego. W zasadzie udałam, że nic nie słyszałam. Za to pierwsze, co przyszło mi do głowy to, czy ten kurczak rzeczywiście działa...
W każdym razie, poniżej zamieszczam przepis na kurczaka, gdyby któraś z moich czytelniczek również chciała go wypróbować.
Składniki: 1 kurczak (ok. 1,8 kg), ½ szklanki świeżego soku z cytryny, 3 całe cytryny, 1 łyżka stołowa soli koszernej lub gruboziarnistej, ½ łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu, świeże zioła do przybrania (4 gałązki rozmarynu, 4 gałązki szałwii, 8 gałązek tymianku i 1 pęczek pietruszki)
Przygotowanie:
1. Umieść kratkę na trzecim od góry miejscu w piekarniku i nagrzej go do 200 stopni Celsjusza. Umyj kurczaka w środku i na zewnątrz zimną wodą. Usuń podroby i przez 2 minuty trzymaj go otworem w dół, aż uzyska temperaturę pokojową. Następnie osusz go ręcznikami papierowymi.
2. Umieść kurczaka piersią do dołu w brytfannie i oblej go z zewnątrz oraz w środku sokiem z cytryny. Potem to samo zrób z przyprawami: solą i pieprzem.
3. Każdą z trzech cytryn nakłuj widelcem trzy razy w różnych miejscach. Potem włóż je wewnątrz kurczaka.
4. Wsadź brytfannę do piekarnika i obniż temperaturę do 180 stopni Celsjusza. Piecz kurczaka bez przykrycia przez 15 minut.
5. Po upływie tego czasu wyjmij go z piekarnika i przewróć drewnianymi łyżkami na drugą stronę. Następnie piecz kurczaka przez 1 godzinę, a nawet godzinę i kwadrans. Najlepiej, jeśli w jego udo wbijesz specjalny termometr do mięsa. Temperatura kurczaka powinna wynosić 82 stopnie (jeśli nie masz akurat termometru, nakłuj mięso widelcem – gdy wypłynie z niego sok, będzie to oznaczało, że kurczak jest gotowy).
6. Zanim zaczniesz kroić kurczaka, odczekaj 10 minut. Kawałki mięsa polej sokiem z brytfanny i udekoruj je świeżymi ziołami. Gotowe!
Moje uwagi:
1. Nie znoszę szałwii, użyłam w jej miejsce mięty pieprzowej, ale każdy może wybrać swoje ulubione świeże zioła.
2. Sok z 3 cytryn akurat starcza na całego kurczaka. Nie wiem jak wielki musiałby być ten kurczak, żeby w środku zmieściły się 3 cytryny. Ja włożyłam jedną rozkrojoną cytrynę i te wyciśnięte skórki.
niedziela, 18 listopada 2012
Poświęcenie
Wybraliśmy się na weekend do stolicy. Spędzić te dwa dni trochę romantycznie sami i trochę towarzysko - z jego znajomymi ze studiów. Gdy już dojeżdżaliśmy do Lizbony, zadzwonił telefon P. Dzwoniła babeczka z tej firmy w Afryce, pytając czy dostał szczegóły na maila.
Zaczęliśmy rozmawiać o Afryce, o naszych możliwościach tam. Powiedział, że odrzucił propozycję pracy w innym afrykańskim kraju. Byłam dość zdziwiona, bo nawet nie wiedziałam, że gdzieś indziej aplikował. Powiedział, że nie chce jechać nigdzie beze mnie, a oni nie chcieli zatrudniach nas obojga.
I tak od słowa do słowa, doszliśmy do wniosku, że każde z nas chce się poświęcić dla drugiego i jechać do Afryki tylko po to, żeby się nie rozdzielać. Brzmi zabawnie, prawda?
Dziś wróciliśmy do siebie, sprawdziliśmy nasze maile. Ja również dostałam wiadomość z Afryki, szczegóły odnośnie warunków pracy. Wygląda na to, że wszystko jest już gotowe na nasz przyjazd w przyszłym roku.
Tylko my nie jesteśmy gotowi na Afrykę... Eh... życie...
Zaczęliśmy rozmawiać o Afryce, o naszych możliwościach tam. Powiedział, że odrzucił propozycję pracy w innym afrykańskim kraju. Byłam dość zdziwiona, bo nawet nie wiedziałam, że gdzieś indziej aplikował. Powiedział, że nie chce jechać nigdzie beze mnie, a oni nie chcieli zatrudniach nas obojga.
I tak od słowa do słowa, doszliśmy do wniosku, że każde z nas chce się poświęcić dla drugiego i jechać do Afryki tylko po to, żeby się nie rozdzielać. Brzmi zabawnie, prawda?
Dziś wróciliśmy do siebie, sprawdziliśmy nasze maile. Ja również dostałam wiadomość z Afryki, szczegóły odnośnie warunków pracy. Wygląda na to, że wszystko jest już gotowe na nasz przyjazd w przyszłym roku.
Tylko my nie jesteśmy gotowi na Afrykę... Eh... życie...
poniedziałek, 12 listopada 2012
A kiedy będziemy mieli dzieci...
Popłakałam się dzisiaj. P. też uronił łęzkę. Najśmieszniejsze jest, co doprowadziło nas do tego stanu. Pojechaliśmy popołudniu do mariny na spacer i kawkę. Pogoda była rewelacyjna, osiemnaście stopni, słoneczko, relaks pełną gębą. P. opowiadał mi, jak to którychś wakacji pracował w tamtejszym barze i jakich to ciekawych ludzi wtedy poznał. Usiedliśmy na kanapie w tej knajpce i zamówiliśmy kawę. Obserwowaliśmy małego chłopca, który dumnie siedział w zabawkowym ferrari i te 5km/h śmigał po zamkniętym torze. I nagle temat przyszedł sam. Zaczęliśmy rozmawiać o dzieciach. Temat ten często do nas powraca. Kwestia potencjalnych imion już została przedyskutowana. Oboje jesteśmy przekonani, że chcemy mieć trójkę. Pozostaje tylko jedna kwestia - kiedy? Doszliśmy do wniosku, że aktualnie jedyną przeszkodą jest brak środków ekonomicznych. Po prostu nie stać nas na dziecko. Żadne z nas nie ma pracy. Jesteśmy ze sobą szczęśliwi, nie mamy żadnych wątpliwości co do naszego związku. Zamieszkaliśmy razem, poznaliśmy własne rodziny, które również akceptują i wspierają nasz związek. I tak rozmawialiśmy o możliwych terminach założenia rodziny, czy przed Afryką, czy po Afryce. Wyjazd ten zdecydowanie byłby typowo zarobkowy, z nastawieniem na zebranie środków na ślub i dziecko. Przeanalizowany został również plan B - co jeśli Afryki w ogóle nie będzie. Po raz kolejny żartowaliśmy, że nasze dzieci będą miały okropne charakterki z takiej kombinacji jak my.
I w tym całych rozważaniach nie zauważyliśmy kiedy podszedł do nas ten chłopiec. Wziął P. za rękę i zapytał:
- Zagrasz ze mną w piłkę?
P. bez wahania wstał i zaczął kopać piłkę z chłopcem tuż obok naszego stolika. Patrzyłam na nich i po prostu się popłakałam. Normalnie dziecko rzuciło mi się na mózg, chyba jest to zaraźliwe, bo P. też się udziela. Momentami mogę nawet stwierdzić, że fioła dostałam na tym punkcie.
A co jeszcze ciekawsze z dzisiejszego popołudnia? Po chwili mama tego chłopca zawołała go jednym z imion, które sami wybraliśmy i skarciła za przeszkadzanie nam. P. usiadł obok mnie i zobaczyłam jak łza spłynęła po jego policzku. Wzięłam go za rękę i wtedy zadzwonił jego telefon, kompletnie zmieniając temat.
I w tym całych rozważaniach nie zauważyliśmy kiedy podszedł do nas ten chłopiec. Wziął P. za rękę i zapytał:
- Zagrasz ze mną w piłkę?
P. bez wahania wstał i zaczął kopać piłkę z chłopcem tuż obok naszego stolika. Patrzyłam na nich i po prostu się popłakałam. Normalnie dziecko rzuciło mi się na mózg, chyba jest to zaraźliwe, bo P. też się udziela. Momentami mogę nawet stwierdzić, że fioła dostałam na tym punkcie.
A co jeszcze ciekawsze z dzisiejszego popołudnia? Po chwili mama tego chłopca zawołała go jednym z imion, które sami wybraliśmy i skarciła za przeszkadzanie nam. P. usiadł obok mnie i zobaczyłam jak łza spłynęła po jego policzku. Wzięłam go za rękę i wtedy zadzwonił jego telefon, kompletnie zmieniając temat.
Potrójne świętowanie
Wczorajszy dzień był niezwykle ciekawy i to z trzech powodów. Były trzy okazje do świętowania, a w moim międzynarodowym związku jest to dość ciekawe zjawisko.
Po pierwsze, wczoraj był polski dzień niepodległości. P. był niezwykle ciekawy polskiej historii. Spędził ponad godzinę czytając w internecie na ten temat, gdy ja szykowałam się do wyjścia z domu. Zupełnie przypadkiem ubrałam się w nasze barwy narodowe. Tak akurat wyszło, że założyłam czerwoną bluzkę i białą chustę. Mimo to P. cały dzień się upierał, że na pewno zrobiłam to specjalnie. Musiałam mu nawet zaśpiewać nasz hymn, przetłumaczyć i wyjaśnić o co w nim chodzi. W związku z tym mogę stwierdzić, że świętowałam polski dzień niepodległości w patriotyczny sposób.
Z drugiego powodu P. bardzo chciałby spędzić polski dzień niepodległości w Polsce. "Gdyż iż ponieważ" wczoraj P. miał urodziny. A ponieważ ostatnio jak był w Polsce, to był nią zachwycony. Otworzył się na Polskę, polską kulturę i historię.
Wracając do obchodów jego święta. Dostał śniadanie do łóżka. Jak wiadomo, mężczyźni to wieczni chłopcy. P. uwielbia grać na komputerze. W związku z tym dostał ode mnie w prezencie nowy joistick oraz czekoladową klawiaturę i myszkę, czyli słodko-użyteczny zestaw gracza. Wprawdzie P. przekroczył już trzydziestkę, ale doszłam do wniosku, że nie ma co mu o tym przypominać jakimś "dorosłym" prezentem, skoro nadal ma takie chłopięce rozrywki. Zjedliśmy obiad z jego rodziną, przy okazji świętując z trzeciego powodu, a na kolacje poszliśmy ze znajomymi do jego ulubionej knajpy na sushi.
Trzecim powodem do świętowania był portugalski dzień kasztana. Dlaczego się go tu świętuje? W Portugalii można z łatwością znaleźć jadalne kasztany. Wrzuca się je po prostu na blaszkę do piekarnika i grzeje, żeby popękały. W dzień kasztana są one deserem w każdej portugalskiej rodzinie. Jest to po prostu kolejna okazja, by cała rodzina spotkała się w komplecie. A tak właśnie one wyglądają.
Upieczone są miękkie w środku, dość mdłe w smaku. W rodzinie P. takie wyłuskane posypuje się solą, jak orzeszki. Zapytałam P. czy możemy je zrobić też u nas, któregoś popołudnia. Spojrzał na mnie mocno zdziwiony i powiedział, że jedzenie kasztanów w inne dni niż dzień kasztana przynosi pecha. Mimo, że naprawdę mi smakowały, kolejny raz mogę ich spróbować dopiero za rok.
Po pierwsze, wczoraj był polski dzień niepodległości. P. był niezwykle ciekawy polskiej historii. Spędził ponad godzinę czytając w internecie na ten temat, gdy ja szykowałam się do wyjścia z domu. Zupełnie przypadkiem ubrałam się w nasze barwy narodowe. Tak akurat wyszło, że założyłam czerwoną bluzkę i białą chustę. Mimo to P. cały dzień się upierał, że na pewno zrobiłam to specjalnie. Musiałam mu nawet zaśpiewać nasz hymn, przetłumaczyć i wyjaśnić o co w nim chodzi. W związku z tym mogę stwierdzić, że świętowałam polski dzień niepodległości w patriotyczny sposób.
Z drugiego powodu P. bardzo chciałby spędzić polski dzień niepodległości w Polsce. "Gdyż iż ponieważ" wczoraj P. miał urodziny. A ponieważ ostatnio jak był w Polsce, to był nią zachwycony. Otworzył się na Polskę, polską kulturę i historię.
Wracając do obchodów jego święta. Dostał śniadanie do łóżka. Jak wiadomo, mężczyźni to wieczni chłopcy. P. uwielbia grać na komputerze. W związku z tym dostał ode mnie w prezencie nowy joistick oraz czekoladową klawiaturę i myszkę, czyli słodko-użyteczny zestaw gracza. Wprawdzie P. przekroczył już trzydziestkę, ale doszłam do wniosku, że nie ma co mu o tym przypominać jakimś "dorosłym" prezentem, skoro nadal ma takie chłopięce rozrywki. Zjedliśmy obiad z jego rodziną, przy okazji świętując z trzeciego powodu, a na kolacje poszliśmy ze znajomymi do jego ulubionej knajpy na sushi.
Trzecim powodem do świętowania był portugalski dzień kasztana. Dlaczego się go tu świętuje? W Portugalii można z łatwością znaleźć jadalne kasztany. Wrzuca się je po prostu na blaszkę do piekarnika i grzeje, żeby popękały. W dzień kasztana są one deserem w każdej portugalskiej rodzinie. Jest to po prostu kolejna okazja, by cała rodzina spotkała się w komplecie. A tak właśnie one wyglądają.
Upieczone są miękkie w środku, dość mdłe w smaku. W rodzinie P. takie wyłuskane posypuje się solą, jak orzeszki. Zapytałam P. czy możemy je zrobić też u nas, któregoś popołudnia. Spojrzał na mnie mocno zdziwiony i powiedział, że jedzenie kasztanów w inne dni niż dzień kasztana przynosi pecha. Mimo, że naprawdę mi smakowały, kolejny raz mogę ich spróbować dopiero za rok.
czwartek, 8 listopada 2012
Liebster blog
Czas na odrobinę zabawy. Widzę, że ta nowa "zaraza" szerzy się bardzo szybko, ale skoro zostałam naminowana przez Inżynier Blondynę, to nie wypada odmawiać.
Zasady: ,,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”
Pytania od inż. Blondyny:
1. Co daje Ci energię do życia?
Zdecydowanie bliskość wody. Mam na myśli ocean, morze, jezioro, rzekę, cokolwiek... woda jest moim żywiołem i samo obserwowanie wody i jej ogromnej siły daje mi energię.
2. Jakie są 4 rzeczy, które zabrałabyś ze sobą z domu, wiedząc, że już tam nigdy nie wrócisz?
Mogę powiedzieć, że tak właśnie zrobiłam, ale walizka ważąca 20kg zawierała trochę więcej niż 4 rzeczy. Więc co jest najważniejsze? Hm... Zabrałabym słoik dżemu, który co roku robi moja mama. Nawet mi go wysyła do Portugalii. Zabrałabym chustę, którą wyhaftowała dla mnie babcia. Naprawdę mnóstwo różnych zastosowań. Co jeszcze? Album ze zdjęciami, bo wspomienia rozmywają się z wiekiem. Oraz moje wieczne pióro, które dostałam w prezencie od całej rodziny, gdy rozpoczynałam szkołę. Tak, gdy szłam do pierwszej klasy. Ot, takie wszystko sentymentalne...
3. Dlaczego założyłaś bloga?
Gdy jest się samemu za granicą, czasem dopada samotność. Najgorsze jest, jeśli w tej samotności człowiek się zamyka, dziczeje. Założyłam bloga, by wykrzyczeć się emocjonalnie, a to w którą stronę on się rozwinął, to już inna sprawa.
4. Jaką pogodę lubisz najbardziej?
18 stopni, słońce. Ciepło, ale nie gorąco, rzeźko, ale nie chłodno. Idealna na zwiedzanie, buszowanie po sklepach, pracę, relaks...
5. Co sądzisz o portalach społecznościowych?
Współczesna książka teleadresowa :)
6. Czego nigdy byś nie ubrała wychodząc z domu?
Nie znoszę tych wszystkich kombinezonów, które są teraz podobno modne. Dla mnie to gorsze niż wyjście w piżamie na ulicę...
7. Czym jest dla Ciebie makijaż?
Nieodłącznym rytuałem dnia każdego. Nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez makijażu. Konieczny, absolutnie! Przynajmniej czarna kreska na powiekach...
8. Gdybyś mogła kupić wielką, dochodową korporację, czy zrobiłabyś to?
I tak, i nie, a przede wszystkim zależy jaką.
9. Dlaczego?
Tak, bo kasą nie pogardzę. Nie, bo jednak chciałabym wszystko zbudować sama.
10. Jakie filmy poleciłabyś innym?
"Kobiety pragną bardziej" - komedia. Trochę romantyczna, trochę filozoficzna, ale na pewno bardzo życiowa.
11. Co sądzisz o takich łańcuszkach?
Są w porządku, jeśli ma się na to czas.
A teraz czas na moje nominacje:
http://angel-oscurocd.blogspot.pt/
http://ostatniahonorowa.blog.onet.pl/
http://kuradomowa.blogujaca.pl/
http://lui445.blog.onet.pl/
http://popiolzksiezyca.blog.pl/
http://rudydziennik.blogspot.pt/
Oraz moje 11 pytań:
1. Co robisz w deszczowe popołudnie?
2. Jaki kolor dominuje w Twojej sypialni?
3. Jaki jest Twój ulubiony deser, który sama potrafisz przyrządzić?
4. Jaki był najgorszy prezent jaki w życiu dostałaś?
5. Jaki jest samochód Twoich marzeń?
6. Dokąd chciałabyś się wybrać na wakacje marzeń?
7. Najbardziej kobiecy element garderoby?
8. Co byś chciała znaleźć pod choinką w najbliższe święta?
9. Czego nie robi Twój partner, co chciałabyś żeby w końcu zrobił?
10. Jakimi językami się posługujesz?
11. Jakie jest Twoje życiowe motto?
Czekam na wasze odpowiedzi
Zasady: ,,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”
Pytania od inż. Blondyny:
1. Co daje Ci energię do życia?
Zdecydowanie bliskość wody. Mam na myśli ocean, morze, jezioro, rzekę, cokolwiek... woda jest moim żywiołem i samo obserwowanie wody i jej ogromnej siły daje mi energię.
2. Jakie są 4 rzeczy, które zabrałabyś ze sobą z domu, wiedząc, że już tam nigdy nie wrócisz?
Mogę powiedzieć, że tak właśnie zrobiłam, ale walizka ważąca 20kg zawierała trochę więcej niż 4 rzeczy. Więc co jest najważniejsze? Hm... Zabrałabym słoik dżemu, który co roku robi moja mama. Nawet mi go wysyła do Portugalii. Zabrałabym chustę, którą wyhaftowała dla mnie babcia. Naprawdę mnóstwo różnych zastosowań. Co jeszcze? Album ze zdjęciami, bo wspomienia rozmywają się z wiekiem. Oraz moje wieczne pióro, które dostałam w prezencie od całej rodziny, gdy rozpoczynałam szkołę. Tak, gdy szłam do pierwszej klasy. Ot, takie wszystko sentymentalne...
3. Dlaczego założyłaś bloga?
Gdy jest się samemu za granicą, czasem dopada samotność. Najgorsze jest, jeśli w tej samotności człowiek się zamyka, dziczeje. Założyłam bloga, by wykrzyczeć się emocjonalnie, a to w którą stronę on się rozwinął, to już inna sprawa.
4. Jaką pogodę lubisz najbardziej?
18 stopni, słońce. Ciepło, ale nie gorąco, rzeźko, ale nie chłodno. Idealna na zwiedzanie, buszowanie po sklepach, pracę, relaks...
5. Co sądzisz o portalach społecznościowych?
Współczesna książka teleadresowa :)
6. Czego nigdy byś nie ubrała wychodząc z domu?
Nie znoszę tych wszystkich kombinezonów, które są teraz podobno modne. Dla mnie to gorsze niż wyjście w piżamie na ulicę...
7. Czym jest dla Ciebie makijaż?
Nieodłącznym rytuałem dnia każdego. Nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez makijażu. Konieczny, absolutnie! Przynajmniej czarna kreska na powiekach...
8. Gdybyś mogła kupić wielką, dochodową korporację, czy zrobiłabyś to?
I tak, i nie, a przede wszystkim zależy jaką.
9. Dlaczego?
Tak, bo kasą nie pogardzę. Nie, bo jednak chciałabym wszystko zbudować sama.
10. Jakie filmy poleciłabyś innym?
"Kobiety pragną bardziej" - komedia. Trochę romantyczna, trochę filozoficzna, ale na pewno bardzo życiowa.
11. Co sądzisz o takich łańcuszkach?
Są w porządku, jeśli ma się na to czas.
A teraz czas na moje nominacje:
http://angel-oscurocd.blogspot.pt/
http://ostatniahonorowa.blog.onet.pl/
http://kuradomowa.blogujaca.pl/
http://lui445.blog.onet.pl/
http://popiolzksiezyca.blog.pl/
http://rudydziennik.blogspot.pt/
Oraz moje 11 pytań:
1. Co robisz w deszczowe popołudnie?
2. Jaki kolor dominuje w Twojej sypialni?
3. Jaki jest Twój ulubiony deser, który sama potrafisz przyrządzić?
4. Jaki był najgorszy prezent jaki w życiu dostałaś?
5. Jaki jest samochód Twoich marzeń?
6. Dokąd chciałabyś się wybrać na wakacje marzeń?
7. Najbardziej kobiecy element garderoby?
8. Co byś chciała znaleźć pod choinką w najbliższe święta?
9. Czego nie robi Twój partner, co chciałabyś żeby w końcu zrobił?
10. Jakimi językami się posługujesz?
11. Jakie jest Twoje życiowe motto?
Czekam na wasze odpowiedzi
środa, 31 października 2012
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...
Dziś był mój ostatni dzień w pracy. W naszej pięknej czteroosobowej grupie przedstawiliśmy efekty naszej pracy. Dostaliśmy pochwałę właściciela, który zwracał się głównie do mnie i P. Widać, że sam za bardzo nie wiedział po co pozostała dwójka dołączyła i to pod sam koniec projektu.
Właśiciel przemówił do zgromadzonego grona managerskiego, że takich ludzi im potrzeba, że takich ludzi warto w firmie mieć i on to docenia. Mówił o włożonym wysiłku i poświęceniu dla firmy. Oj, uwierzcie mi, o mało tam śmiechem nie wybuchłam... Najlepszy był moment, gdy zwrócił się do mojej szefowej ze słowami, że tacy ludzie jak my to przyszłość tej firmy. Przede wszystkim była speszona, spuściła wzrok. Byłam ciekawa, jaka będzie reakcja właściciela, gdy dowie się, że ona wyrzuciła na bruk "przyszłość firmy". Przynajmniej wtedy mi się wydawało, że to jej sprawka.
Po całej tej pięknej części oficjalnej, gdy ja zbierałam swoje rzeczy, szefowa zaprosiła P. do swojego biura. Zrobiła coś, co spowodowało, że zaczęłam kobiecie naprawdę współczuć. Okazało się, że ona też jest tam tylko pionkiem i to na takiej pozycji, że każdy w pierwszym odruchu oskarża ją o decyzje personalne. Otóż P. tak samo jak ja, od jutra będzie bezrobotny. Tak właśnie. Ktoś wyżej podjął decyzję o pozbyciu się z firmy nas obojga. Kontrakt P. kończy się dopiero wiosną przyszłego roku. Firma nie chce zamieszania z wypowiedzeniem itp. więc oczywiście będą mu płacić do końca kontraktu, ale od jutra ma się w firmie nie pokazywać. Podczas rozmowy z szefową otrzymał dokument, w którym system jego pracy został zmieniony na "telepracę" wykonywaną z dowolnego miejsca. Ot tak ładnie ubrane w słowa...
W takiej sytuacji zupełnie nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.No a my się śmiejemy - ze szczęścia. Z jednej strony oboje jesteśmy bez pracy, w dodatku w trakcie przeprowadzki do tymczasowego wspólnego mieszkania... z drugiej strony, lepiej być nie mogło! Finansowo jesteśmy w stanie przeżyć do czerwca. Poza tym P. i tak zamierzał rozwiązać kontrakt, jeśli rzeczywiście dostanie tą robotę w Afryce. A tu sprawy same się porządkują...
Właśiciel przemówił do zgromadzonego grona managerskiego, że takich ludzi im potrzeba, że takich ludzi warto w firmie mieć i on to docenia. Mówił o włożonym wysiłku i poświęceniu dla firmy. Oj, uwierzcie mi, o mało tam śmiechem nie wybuchłam... Najlepszy był moment, gdy zwrócił się do mojej szefowej ze słowami, że tacy ludzie jak my to przyszłość tej firmy. Przede wszystkim była speszona, spuściła wzrok. Byłam ciekawa, jaka będzie reakcja właściciela, gdy dowie się, że ona wyrzuciła na bruk "przyszłość firmy". Przynajmniej wtedy mi się wydawało, że to jej sprawka.
Po całej tej pięknej części oficjalnej, gdy ja zbierałam swoje rzeczy, szefowa zaprosiła P. do swojego biura. Zrobiła coś, co spowodowało, że zaczęłam kobiecie naprawdę współczuć. Okazało się, że ona też jest tam tylko pionkiem i to na takiej pozycji, że każdy w pierwszym odruchu oskarża ją o decyzje personalne. Otóż P. tak samo jak ja, od jutra będzie bezrobotny. Tak właśnie. Ktoś wyżej podjął decyzję o pozbyciu się z firmy nas obojga. Kontrakt P. kończy się dopiero wiosną przyszłego roku. Firma nie chce zamieszania z wypowiedzeniem itp. więc oczywiście będą mu płacić do końca kontraktu, ale od jutra ma się w firmie nie pokazywać. Podczas rozmowy z szefową otrzymał dokument, w którym system jego pracy został zmieniony na "telepracę" wykonywaną z dowolnego miejsca. Ot tak ładnie ubrane w słowa...
W takiej sytuacji zupełnie nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.No a my się śmiejemy - ze szczęścia. Z jednej strony oboje jesteśmy bez pracy, w dodatku w trakcie przeprowadzki do tymczasowego wspólnego mieszkania... z drugiej strony, lepiej być nie mogło! Finansowo jesteśmy w stanie przeżyć do czerwca. Poza tym P. i tak zamierzał rozwiązać kontrakt, jeśli rzeczywiście dostanie tą robotę w Afryce. A tu sprawy same się porządkują...
poniedziałek, 29 października 2012
Dzika Afryka
Wszystko wskazuje na to, że czeka nas przeprowadzka i to daleka. P. przeszedł kolejny etap rekrutacji na pewne wysokie stanowisko w jednym z portugalsko-języcznych krajów afrykańskich. Nie wyobrażamy sobie rozstania ani związku na odległość. Kombinujemy jak by tu zrobić, żebym ja też mogła polecieć, ale przede wszystkim się boję!
Dopadł mnie strach. Afryka, czarny ląd, trzeci świat. Mam koleżankę, która spędziła w tamtym mieście 5 lat. Mówi, że życie tam niewiele różni się od życia w Europie. Są samochody, telefony komórkowe, internet... czasem brakuje prądu czy wody.
Stereotypowo boję się, że będę się bała wyjść na ulicę. Jako jedna z nielicznych przedstawicieli o białym kolorze skóry, po prostu boję się zaczepek. Nie chodzi o to, czy jestem ładna czy brzydka, gruba czy chuda... jestem blondynką, a tam to atrakcja sezonu. I tego właśnie się boję.
Niby nie lecę tam sama, ale przecież nie mogę i nie chcę się uzależnić od P. Chociażby wyjście do sklepu po zwykłe zakupy spożywcze! no i droga do pracy!
Strach przed tym, czy uda mi się dostać pracę! Mówię w kilku językach, wliczając portugalski, mam wyższe wykształcenie, ale kompletnie nie mam zielonego pojęcia o tamtym kraju, o realiach życia...
słucham opowieści koleżanki, która bez przerwy mnie uspakaja, ale... boję się nadal
Dopadł mnie strach. Afryka, czarny ląd, trzeci świat. Mam koleżankę, która spędziła w tamtym mieście 5 lat. Mówi, że życie tam niewiele różni się od życia w Europie. Są samochody, telefony komórkowe, internet... czasem brakuje prądu czy wody.
Stereotypowo boję się, że będę się bała wyjść na ulicę. Jako jedna z nielicznych przedstawicieli o białym kolorze skóry, po prostu boję się zaczepek. Nie chodzi o to, czy jestem ładna czy brzydka, gruba czy chuda... jestem blondynką, a tam to atrakcja sezonu. I tego właśnie się boję.
Niby nie lecę tam sama, ale przecież nie mogę i nie chcę się uzależnić od P. Chociażby wyjście do sklepu po zwykłe zakupy spożywcze! no i droga do pracy!
Strach przed tym, czy uda mi się dostać pracę! Mówię w kilku językach, wliczając portugalski, mam wyższe wykształcenie, ale kompletnie nie mam zielonego pojęcia o tamtym kraju, o realiach życia...
słucham opowieści koleżanki, która bez przerwy mnie uspakaja, ale... boję się nadal
poniedziałek, 15 października 2012
Raz na wozie, raz pod wozem.
Fortuna kołem się toczy. A może powinnam stwierdzić, że po prostu nie może nam być w życiu za dobrze. W końcu człowiek nie może być w 100% szczęśliwy, bo życie byłoby mdłe od tej całej sielanki.
Od 1 listopada będę bezrobotna. Pięknie, prawda? Dowiedziałam się w piątek, że moja umowa nie zostanie przedłużona. Nie będzie powrotu na dawne stanowisko. Nie będzie żadnego stanowiska w tej firmie. Mało tego, moja własna szefowa mnie unika. O tym, że moja umowa nie zostanie przedłużona zostałam poinformowana przez... kolegę obserwatora. Na dodatek kolega ten ze złośliwym uśmieszkiem powiedział mi, że wiosną mogę aplikować do jego ekipy, bo będzie potrzebował takich ludzi jak ja. Zlustrował mnie wtedy od stóp do głów, aż mi się zrobiło niedobrze i poczułam do niego odrazę. Kretyn!
A jak wygląda sytuacja w przypadku P.? Jego umowa kończy się w marcu. Do dziś myślałam, że przynajmniej jego zachowają w firmie. Och jak bardzo się myliłam. Dziś zobaczyłam kolegę obserwatora z jakimś stażystą, na oko mniej więcej w moim wieku, który chodził za nim krok w krok. Podczas lunchu został mi przedstawiony. Otóż jest to nowy członek naszej już! czterosobowej grupy zarządzającej. Stażysta uczy się tego, co my robimy. Jego staż kończy się... w marcu. Delikatnie mówiąc, przejmuje obowiązki po P. który wciąż jest na przymusowym urlopie.
Dowiedziałam się też w HR, że wstępnie ten przymusowy urlop ma się kończyć... z końcem października, więc również z moim odejściem.
Przepraszam za wyrażenie, ale rzygać mi się chcę od atmosfery panującej w firmie. Najgorsze jest teraz to rozgoryczenie, bo udało mi się uzyskać tu pewną pozycję. Człowiek poświęca piątek świątek i niedzielę jeśli trzeba, podróże służbowe, krajowe i zagraniczne. Nadgodziny! A teraz dostaje się po prostu kopa w tyłek. A już tak totalnie wkurzające jest to, że nie jest to żadna redukcja pracowników z powodu kryzysu. Firma wciąż zatrudnia kolejne osoby!
No dobra, i tak planowałam zmienić pracę, ale inaczej człowiek się czuje jak sam odchodzi, a inaczej jak go się wyprasza.
Znaleźliśmy fajne mieszkanie w większej miejscowości. Wynajem od 1 listopada. Jest tam kilka firm o podobnym profilu, mogłabym nawet powiedzieć, że większe możliwości. CV powysyłane, zobaczymy czy się odezwą.
Od 1 listopada będę bezrobotna. Pięknie, prawda? Dowiedziałam się w piątek, że moja umowa nie zostanie przedłużona. Nie będzie powrotu na dawne stanowisko. Nie będzie żadnego stanowiska w tej firmie. Mało tego, moja własna szefowa mnie unika. O tym, że moja umowa nie zostanie przedłużona zostałam poinformowana przez... kolegę obserwatora. Na dodatek kolega ten ze złośliwym uśmieszkiem powiedział mi, że wiosną mogę aplikować do jego ekipy, bo będzie potrzebował takich ludzi jak ja. Zlustrował mnie wtedy od stóp do głów, aż mi się zrobiło niedobrze i poczułam do niego odrazę. Kretyn!
A jak wygląda sytuacja w przypadku P.? Jego umowa kończy się w marcu. Do dziś myślałam, że przynajmniej jego zachowają w firmie. Och jak bardzo się myliłam. Dziś zobaczyłam kolegę obserwatora z jakimś stażystą, na oko mniej więcej w moim wieku, który chodził za nim krok w krok. Podczas lunchu został mi przedstawiony. Otóż jest to nowy członek naszej już! czterosobowej grupy zarządzającej. Stażysta uczy się tego, co my robimy. Jego staż kończy się... w marcu. Delikatnie mówiąc, przejmuje obowiązki po P. który wciąż jest na przymusowym urlopie.
Dowiedziałam się też w HR, że wstępnie ten przymusowy urlop ma się kończyć... z końcem października, więc również z moim odejściem.
Przepraszam za wyrażenie, ale rzygać mi się chcę od atmosfery panującej w firmie. Najgorsze jest teraz to rozgoryczenie, bo udało mi się uzyskać tu pewną pozycję. Człowiek poświęca piątek świątek i niedzielę jeśli trzeba, podróże służbowe, krajowe i zagraniczne. Nadgodziny! A teraz dostaje się po prostu kopa w tyłek. A już tak totalnie wkurzające jest to, że nie jest to żadna redukcja pracowników z powodu kryzysu. Firma wciąż zatrudnia kolejne osoby!
No dobra, i tak planowałam zmienić pracę, ale inaczej człowiek się czuje jak sam odchodzi, a inaczej jak go się wyprasza.
Znaleźliśmy fajne mieszkanie w większej miejscowości. Wynajem od 1 listopada. Jest tam kilka firm o podobnym profilu, mogłabym nawet powiedzieć, że większe możliwości. CV powysyłane, zobaczymy czy się odezwą.
środa, 10 października 2012
Pomysł na... bank
Jadąc dziś do pracy, słuchałam swojej ulubionej stacji. Niestety muzyka i fajny program poranny przerywany jest licznymi reklamami. Reklama banku szczególnie zapadła mi w pamięć, przez nazwę.
Banki takie jak Millennium czy Santander działają również w Polsce i ich nazwy nie są dla nas w żadnym stopniu dziwne ani śmieszne. Ale akurat reklamowany bank nazywa się BES - Banco Espirito Santo.
Wyobraźcie sobie sytuację. Jest sobie dwóch biznesmenów, wielkie firmy. Spotkanie w siedzibie jednego z nich. Klimatyzowane pomieszczenie, skórzane fotele. Ich prawnicy, przedstawiciele zarządu. Sekretarka podaje kawę. Rozmawiają o transakcji na miliony euro. Stresująca atmosfera. Dobijają targu i jeden z nich mówi:
- Proszę zrobić przelew na nasze konto w Banku Ducha Świętego.
Nawet jeśli nie pękasz teraz ze śmiechu, to na pewno na twojej twarzy pojawił się uśmiech.
Czego można oczekiwać po takim banku? Boskich lokat? Diabelnie wysokiego oprocentowania? A może trzeba mieć anielską cierpliwość, żeby doczekać tam jakiegoś zysku?
Swoją drogą, naprawdę jestem rozczarowana, że ojciec dyrektor jeszcze tego nie podchwycił...
Banki takie jak Millennium czy Santander działają również w Polsce i ich nazwy nie są dla nas w żadnym stopniu dziwne ani śmieszne. Ale akurat reklamowany bank nazywa się BES - Banco Espirito Santo.
Wyobraźcie sobie sytuację. Jest sobie dwóch biznesmenów, wielkie firmy. Spotkanie w siedzibie jednego z nich. Klimatyzowane pomieszczenie, skórzane fotele. Ich prawnicy, przedstawiciele zarządu. Sekretarka podaje kawę. Rozmawiają o transakcji na miliony euro. Stresująca atmosfera. Dobijają targu i jeden z nich mówi:
- Proszę zrobić przelew na nasze konto w Banku Ducha Świętego.
Nawet jeśli nie pękasz teraz ze śmiechu, to na pewno na twojej twarzy pojawił się uśmiech.
Czego można oczekiwać po takim banku? Boskich lokat? Diabelnie wysokiego oprocentowania? A może trzeba mieć anielską cierpliwość, żeby doczekać tam jakiegoś zysku?
Swoją drogą, naprawdę jestem rozczarowana, że ojciec dyrektor jeszcze tego nie podchwycił...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

